Wspominałam już krótko o tym, że nowy członek rodziny od maleńkości uczy się zasad panujących w domu, w którym mieszka. Przyjmuje warunki i nawyki panujące w rodzinie. W taki oto sposób nasz mały bobas się socjalizuje.

Każda rodzina wychowuje zatem nowych członków na własne podobieństwo. To, co mi się wydaje niewłaściwie, wcale nie musi być złe dla Ciebie. Dostosowujemy wszystko i wszystkich – także tego słodkiego niewinnego bobaska – do siebie i swojego otoczenia.

I wszystko jest w sumie w porządku do czasu, aż ten mały człowiek idzie do szkoły, a później wyrasta na dorosłą kobietę lub mężczyznę i konfrontuje swój mikro świat z wielkim ego świata zewnętrznego. Od początku swoich zmagań na obcym terenie poszukuje grup ludzi jemu podobnych, bo tylko w takiej paczce może pozostać sobą. Tak tworzą się przecież sympatie i antypatie. Doświadczył tego każdy z nas.

Mam kontakt z wieloma mamami, sąsiadkami, koleżankami z pracy, czy z byłej szkoły i widzę w jaki sposób ta socjalizacja działa. Dostrzegam pewne kształty ludzkich charakterów i sposobów bycia, które są przenoszone z rodziców na dzieci, które to dzieci poprzez 20-30 lat przebywania w bliskim kontakcie z rodziną stają się żywym obrazem swojego ojca, babki, matki, dziadka. To się dzieje naturalnie. Czasami nie chcemy się do tego przyznać, ale jesteśmy do nich podobni.
Teraz dopiero mam świadomość, w jaki sposób pewne zalety i wady w człowieku się rozwijają poprzez wychowanie. Posiadanie własnych dzieci otwiera zatem oczy na prozę życia. Widzę różnice pomiędzy ludźmi lepiej niż kiedykolwiek. Już wiem, dlaczego dziecko sąsiadki stroni od innych dzieci – bo matka jest zamknięta na innych, więc i dziecko izoluje od ludzi. Słyszę o rozpieszczonych dzieciach, które nie chcą zjeść zupy ugotowanej w przedszkolu, bo mama gotuje kilka obiadów, dla każdego członka rodziny inny, więc w przedszkolu też tak powinno być. Salonowe pieski po prostu. Widzę „dorosłe”, dwudziestoletnie „kobiety”, które nie pojadą komunikacją miejską do pracy, bo tatusiowie przecież całe życie je odwozili do szkoły, to mężowie/partnerzy teraz też muszą im tyłki wozić. Nastolatek wyprowadzający psa na spacer nie sprzątnie gówna z trawnika, bo przecież jego rodzice też tego nie robią.
To są negatywne przykłady, ale jest też mnóstwo pozytywów. Spotykam życzliwych ludzi, którzy w duchu szacunku do drugiego człowieka wychowują swoje dzieci. Te dzieci mówią dzień dobry, przepraszam, proszę, dziękuję. Przepuszczają osoby starsze i kobiety w ciąży w tramwaju czy autobusie. Nie odnoszą się do innych w sposób obraźliwy. Tego właśnie nauczyli ich rodzice swoim zachowaniem. Z podziwem patrzę na oczytanych rodziców, którzy zaszczepiają czytelnictwo w swoich pociechach niemal od urodzenia. Aktywne fizycznie mamy i tatuśków chwalę za to, że swoim dzieciom też przekazują miłość do ruchu, sportu. Takim dzieciom pewne nawyki wchodzą w krew. Staje się to ich codziennością, oczywistością i buduje ich charaktery.

Oczywiście to nie oznacza od razu, że grymaszący szkrab przy posiłku w przedszkolu jest już z założenia złym człowiekiem, bo mama nauczyła podstawiać pod nos i roszczeniowo podchodzić do życia. Absolutnie tak nie jest! Większość z nas (mam, tatuśków) tyle ile dobrych wartości przekaże dzieciom, tyle też równocześnie popełni błędów na innych polach wychowania. Tak już jest. Ważne jednak, by te błędy naprawiać, a nie wychowywać samolubnych introwertyków, mających wszystko w dupie. Niestety takich ludzi nie brakuje i coraz częściej spotykam ich na swojej drodze. To straszne, że nie widzimy w sobie wad, które trzeba naprawiać, że nie uświadamiamy sobie prostego faktu: te wady przechodzą na nasze pociechy, te wady odczują inni, to będzie eskalować. Utopią jest twierdzić, że poprzez pracę nad sobą i odpowiednie wychowanie, stworzymy lepszy świat, ale może warto do pewnych ideałów dążyć?

Chociaż czasami się zastanawiam, na ile to wszystko jest kwestią wychowania, na ile mają tu wpływ geny albo po prostu chamstwo i ignorancja, nabyte w drodze poznawania niewłaściwych ludzi? Nie rozumiem kablowania w pracy, tworzenia wyssanych z palca plotek czyli zwykłego oszukiwania, unikania ludzi, manipulowania innymi i innych mniej lub bardziej poważnych braków w kulturze, obyciu i wiedzy o relacjach międzyludzkich.

Ten cały powyższy Karolinowy wywód nastręcza wiele pytań o to:
1. Jakim człowiekiem jestem i jakie mam prawo, by uczyć swoje dzieci co jest dobre, a co złe?
2. Czy ja wiem, czym jest dobro, a czym zło? Niektóre przykłady utwierdzają mnie w przekonaniu, że to co dla mnie jest oszustwem czyli złem, dla innych jest dobre, bo kłamstwo ratuje im tyłki.
3. Jakim rodzicem jestem, a jakim powinnam/powinienem być?
4. Czy jestem rodzicem ze swoich wyobrażeń?
5. Jakie zasady i metody wychowawcze stosować, by moje dziecko dawało sobie radę w życiu?
6. Jak nauczyć szacunku do innych ludzi, zwierząt, a także sfery materialnej, mienia, itp.?
7. Czy albo jakich kar lub systemów nagradzania używać, by dziecko lepiej przyswajało sobie życiowe lekcje?
8. Jak nauczyć tego młodego człowieka podejmowania właściwych decyzji, tak aby żył w zgodzie ze sobą, nie raniąc przy tym innych?

Takich pytań jest o wiele więcej, a ja Matka Wielowymiarowa chciałabym dla swoich dzieci jak najlepiej. Tylko czy to czego ja dla nich chcę to na pewno będzie dla nich dobre? Wszystko zatem co robię od momentu poczęcia do teraz, a także w przyszłości opiera się na wierze podyktowanej dobrem dziecka.

Od rodziców i najbliższej rodziny wiele zależy w wychowaniu dziecka, ale to wychowanie, czy  też socjalizacja przebiega wielotorowo. Pociecha zaczyna naukę na etapie żłobka, przedszkola, szkoły. Każde z tych miejsc to nowi ludzie – najmłodsi (rówieśnicy) i ci dorośli (opiekunowie, pozostała kadra pracowników). Już wtedy uczy się nawiązywać relacje z obcymi. Oswaja obcych i sam się dostosowuje. Ta część życia dziecka też je kształtuje.
A my, rodzice? Martwimy się, czy da radę? Czy opieka jest dobra? Jak dziecko się przystosowuje? Jak pomóc? Często nadmiernie się zamartwiamy i wtrącamy, nie dając szansy dziecku na szlifowanie charakteru. Nie daj Boże przejmie złe postępowania od innych dzieci i nasza nauka pójdzie w las.
A ja tak sobie myślę, że z chwilą kiedy idziemy do pracy i ten mały szkrab trafia np. do żłobka to my rodzice powinniśmy trochę odpuścić. Już wtedy należy uświadomić sobie, że to nie jest złe, że dziecko naśladuje inne, że uczy się nowych zachowań. Może właśnie w ten sposób odkryje swoje wewnętrzne JA, JA inne od naszego, JA nie na nasze podobieństwo. Hmm, tylko który rodzic chciałby mieć w domu taki problem? Przecież dziecko wychowujemy według swoich zasad właśnie po to, by w naszym domu żyło się lepiej to znaczy bezproblemowo. Każdy przejaw odmienności jest zazwyczaj poddany krytyce bądź karze.
Ktoś mógłby zarzucić mojej teorii fałszywość, bo rodzic przecież musi kontrolować zawsze i wszędzie, żeby reagować na skrajnie złe zachowania, na które dzieci mogą być podatne, jak alkohol, czy narkotyki. Odpowiedź?
Chciałabym, (a to nie jest łatwe) wychowywać dzieci w poczuciu zdrowego rozsądku. Ten zdrowy rozsądek i matczyna intuicja – mam nadzieję – podpowiedzą mi kiedy powinnam zacząć się o dziecko martwić, a kiedy dać mu wolność, by mogło uczyć się na własnych błędach i wychowywać na przeżytych sytuacjach, na które ja jako rodzic już nie będę mieć wpływu, kiedy będzie w szkole lub w wieku dorosłym przebywając w pracy. Chciałabym za kilkanaście, kilkadziesiąt lat mieć poczucie, że wychowałam człowieka, który beze mnie sobie poradzi, który zwróci mi wolność, bym jako pięćdziesięciolatka mogła przeżyć coś nowego. Bym odeszła (oby nie prędko :-D) w poczuciu, że moje dzieci to dobrzy, zaradni ludzie.

Znowu wszystko opiera się na wierze….

Kiedy patrzę na moje Bąbelki, widzę siebie. Widzę siebie – tą dobrą matkę, ale widzę też tą złą stronę. Dobra JA odbija się w codziennych sytuacjach, kiedy Hania mówi do obcych ludzi „proszę, dziękuję, przepraszam”. Złą JA słyszę kiedy Hania jest rozgniewana i powtarza wszystkie moje słowa, które wypowiadam w złości, typu: „jak Ty mnie denerwujesz”, albo „zaraz wyjdę i nie wrócę” – mówione przez zęby, bądź podniesionym tonem. Wtedy uświadamiam sobie własne błędy wychowawcze, błędy które wyniosłam również ze swojego okresu dzieciństwa, błędy, które (jeśli ich w  porę nie naprawię) będzie powielać moja córka w stosunku do swoich dzieci. Zatem socjalizacja dzieci to też socjalizacja rodziców, bo ten mały człowiek niczym lustro odbija nasze oblicza, nasze zachowania, dzięki czemu mamy szansę naprawiać to co złe.

Uczmy się od siebie nawzajem. Powtarzam to sobie codziennie, z lepszym, ale też i z gorszym skutkiem, bo im jestem starsza trudniej mi wiedzę przyswajać. Moje dzieci za to chłoną każde słowo czy gest jak gąbka chłonie wodę. Zatem czy powinnam się starać, by nie nawalać? By być dla nich wzorem, opoką, oazą spokoju i chodzącą miłością? To cholernie trudne, bo ja jestem kupą błędów :-), jednym wielkim brakiem cierpliwości i czasami potrafię też nienawidzić, zamiast kochać. Jeśli jednak nie będę ideałem, jak mam ich wychować na dobrych ludzi?

Tak sobie myślę… tu też powinnaś odpuścić kobieto! Pokaż, swojemu dziecku, że Ty również jesteś tylko człowiekiem. Kochasz i nienawidzisz, gniewasz się i wybaczasz. Jesteś w czymś perfekcyjna, ale w innych sprawach nie dajesz rady. Może tylko taka droga jest jedyna i słuszna? Może tylko akceptacja ludzkiej odmienności i walka ze sprzecznościami nauczy moje dzieci, jak szanować, akceptować, tolerować, naprawiać, wybaczać, kochać, wierzyć, radzić sobie w życiu (jak już wspominałam) w taki sposób by realizować cele, żyć w zgodzie ze sobą i nie krzywdzić przy tym innych. Droga przed nimi wcale nie jest prosta. Ja przecież cały czas się tego uczę.

Jednak jak ktoś raz wskaże odpowiednią ścieżkę to już później wierzymy, że podążamy właściwym torem.

ZAPRASZAM NA SWÓJ FANPAGE NA FACEBOOKU! 🙂
https://www.facebook.com/matkawielowymiarowa/