Ostatnio Facebook przypomniał mi, że dokładnie 10 grudnia 2009 roku zarejestrowałam u nich profil. Pamiętam, że zrobiłam to tylko po to, by móc obsługiwać muzealny fanpage. Już od jakiś 5 lat tego nie robię, a nadal konto mam i przyznam szczerze, że codziennie mogę znaleźć nowy powód, by się go pozbyć i codziennie  znajdę też powód, by tego nie zrobić.

Od trzech lat mam też konto na Instagramie, śledzę od czasu do czasu inne profile. I co tu dużo kryć. Zarówno Facebook jak i Instagram jest idealnym obrazem wykreowanego życia, życia czekającego na pochwałę, czyli na „Like it”. Im więcej lajków tym bardziej lubiany jesteś, tym większe na kimś wrażenie zrobiłeś. Im mniej lajków tym twoje samopoczucie się pogarsza, bo przecież liczyłeś na uznanie, a tu DUPA, nikt nie zareagował.

Od kiedy prowadzę bloga to czuję się jak w pułapce. Im mniej lajków tym coraz gorzej się czuję – mam bowiem wrażenie, że nikt nie docenia moich starań. Kiedy zaś coś robię na odwal się, bez presji, to czuję, że nie jestem fair w stosunku do tych, którzy oczekują wobec mnie czegoś więcej. Sama się więc nakręcam, co przyznam się szczerze wprowadziło mnie w stan permanentnego smutku, że ktoś mnie nie lubi, że jestem do niczego, że jestem przeciętną, do bólu przeciętną. I to boli! I to jest pułapka, w którą wiele osób wpada.

Z kolei media społecznościowe to idealne miejsce do chwalenia się tym, co raz na jakiś czas zdarza się nam i jest dobre, wyjątkowe, coś co sprawia nam radość. Jedno, drugie, trzecie zdjęcie, raz bungee, innym razem luksusowa wycieczka, jeszcze innym drogia kiecka z perfekcyjnym makijażem, że nikt cię nie pozna – WOW!!! Idealne pretekst, by się tym pochwalić, pokazać jaki jestem przez chwilę ważny, poczuć się przez chwilę ważnym dzięki lajkom i pozytywnym komentarzom.

A później długo, długo nic się w naszym życiu nie dzieje, a my złaknieni jesteśmy cudzego zainteresowania.

Instażycie jest jak narkotyk – daje nam poczucie chwilowego szczęścia, pozwala żyć w poczuciu, że jesteśmy lubiani, ale często opiera się na tym, że maskuje prawdę o prawdziwym „JA” – Ja – niespełnionym, niedocenionym, Ja – zaniedbanym i niepewnym siebie. Nie da się ukryć, że właśnie taka jestem, chociaż moje instażycie może pokazywać zupełnie coś innego.

Czy to coś złego, że pokazujemy tylko maleńką cząstkę naszego życia – tę szczęśliwą cząstkę? Przecież na tej właśnie podstawie można wysnuć tezę, że Facebook jest idealnym narzędziem do okłamywania innych. Z drugiej strony uwielbiamy oglądać ładne zdjęcia, szczęśliwe twarze, wysportowane ciała, idealne ciastka. Nie lubimy w sieci całkowitej prawdy, rzadko nagradzamy lajkiem niewyretuszowane fotografie, wszelkie oznaki niezadowolenia w mediach społecznościowych skłonni jesteśmy opatrzyć hejterskim komentarzem.

Zatem istnieje wręcz globalne przyzwolenie na to byśmy się wzajemnie oszukiwali. Ba! Niektórzy z tego całkiem nieźle żyją. Inni – tak jak ja posądzają się już o depresję, bo najzwyczajniej w świecie w tym instażyciu tonę, a ja nigdy przecież nie nauczyłam się pływać.

Media społecznościowe pokazują nie tylko to co kipi szczęściem. Na Facebooku dzielimy się też totalnie skrajnymi emocjami, od narodzin dziecka po ciężko chorych. Jedni się gorszą zdjęciem z sali porodowej inni się zachwycają. Część z nas uważa za niewłaściwe wstawianie zdjęć i tekstów dotyczących ciężko chorych osób, bo takie akcje wchodzą zbyt głęboko w sferę prywatnej tragedii chorego i jego rodziny. Z kolei innych te zdjęcia i teksty motywują do badań, docenienia swojego zdrowia, są dobrym miejscem do poszukiwań informacji o danej chorobie, sposobach leczenia, dobrych lekarzy i placówek medycznych. Zresztą słowa otuchy od osób śledzących profile oddziałują na osoby walczące o życie często krzepiąco i motywująco.

Na Facebooku żywimy się emocjami, olewamy przeciętność. Jesteśmy jak serwis informacyjny z prywatnego życia.

Trudno jest też określić, co naprawdę może się podobać wszystkim… No tak, głupie stwierdzenie, bo nie ma takiej rzeczy, którą zadowolisz wszystkich, chociaż my podświadomie bardzo tego pragniemy. Zatem, jak za dużo wstawiasz selfie, wyzwą cię od narcyza, albo powiedzą, że masz coś nie tak z samooceną.  Jak wstawiasz zdjęcia dzieci to objadą cię od góry do dołu, że takie zdjęcia przyciągają pedofilów, albo przytoczą argumenty o wolnej woli dziecka, które przecież nie wyraża świadomie zgody na publikowanie jego wizerunku w sieci.

I w tych wszystkich argumentach jest sporo racji, i właściwie nie mogę mieć o to do ludzi pretensji, ale jakoś tak przykro to czytać, o tym słuchać, nie? Dlatego mam ochotę to rzucić w cholerę, a z drugiej strony bym jeszcze wstawiła to jedno zdjęcie, jeden post, może jednak kogoś zainteresuje… Może tym lajkiem poczuje się lepiej…

 

 

 

 

  • Malwina Stefaniak

    Karolka nie ma co popadac w depresje, internet to tylko narzędzie… Przyznam ze ostatnio tez sie nad tym zastanawialam, internet jest jak narkotyk… Wciaga… Chyba jednak wolalam dawne czasy, bez netu, sama lapie sie na tym ze za duzo czasu spedzam przed telefonem, gdzie moglabym zrobic wiele innych ciekawych rzeczy.
    A dobrzy znajomi zawsze zostana znajomymi i nie ma co sie przejmowac hejtami! Relacje face tu face sa najwazniejsze! ☺

    • Karolina Jusińska

      Tez mam ochote wrocic do czasow bez ogolnodostepnego internetu, bez smartfonow przede wszystkim, bo odkad sa takie telefonu to instazycie nabralo na wielu osob wrecz realnego wymiaru