Właśnie – jestem rodzicem, od trzech i pół roku, z lepszym lub gorszym skutkiem wychowujemy z PT swoje dzieci. Wychowujemy, więc uczymy, jak o siebie zadbać, czy funkcjonować wśród innych ludzi. Wychowujemy po swojemu często wbrew radom babć, dziadków, ciotek, czy koleżanek.

Czasami nasza metoda się sprawdza, nierzadko okazuje się, że można było się babci posłuchać. Nauczyliśmy Hanię podstawowych czynności, jak mycie zębów, siusianie do nocnika, jedzenie łyżką i widelcem, mówić dzień dobry, proszę, przepraszam, ale wiele rzeczy powinniśmy jej jeszcze przekazać. Z Jaśkiem jest prościej, bo dużo spraw załatwia za nas żłobek, ale czy pisząc o samodzielności, tylko takie działania mam na myśli?

Nie, absolutnie nie. Wiązania butów, śpiewania, jazdy na rowerze nauczymy swoje dzieci, ucząc przy tym samych siebie jak być nauczycielami, lecz jest to jedynie wstęp do usamodzielnienia, początek drogi.
Tak naprawdę boję się tego słowa, bo pociąga za sobą wielką odpowiedzialność. Jestem matką, urodziłam człowieka, opiekuję się nim, ale ta troska kiedyś dobiegnie końca. Jestem matką, zatem już całe swoje życie od momentu poczęcia tej ludzkiej istoty do własnej śmierci, będę się o nią martwić. Chciałabym jednak dojść do takiego etapu swojego życia, aby móc się martwić trochę mniej. Stąd też moje silne poczucie, że powinnam zrobić wszystko, by ją usamodzielnić.
Zatem małymi kroczkami uczymy się ogarniania podstawowych czynności życiowych: wstawania, gdy upadniemy, naklejania plasterka gdy zrobimy sobie krzywdę, pokazywania emocji gdy jest powód do smutku lub radości, nie ukrywania swojego Ja, bo nam wmawiają, że tak wypada, uczymy się bycia sobą i wyrażania siebie. Chcę przekazać im pewność siebie, motywację, nauczyć walki ze strachem, czy lenistwem, pokonywać własne słabości. To też jest istota samodzielności – przynajmniej dla mnie.
Tak piszę i piszę i już widzę, że popełniam błąd. Wszędzie My, My, My. To nie ja mam wstać, kiedy Hania upadnie, to nie ja mam płakać, gdy Jasiowi się coś nie podoba. Moim zadaniem jest początkowo wspierać, podać dłoń, by łatwiej było wstać, wręczyć chusteczkę i przytulić, by ulżyć emocji. Później już tylko pozostanie mi obserwacja, bycie blisko, by moje dzieci czuły się bezpiecznie, pozwolić im na własne błędy (choć każdemu rodzicowi przychodzi to z trudem), a kiedy dorosną będę tylko odbierać telefony i słuchać o tym, co ich spotkało, o tym jak sobie radzą. Mimo mojego strachu o nie, nie mogę przeżyć życia za nie.
Ja to wszystko wiem, uważam to za słuszną drogę, a jednak jest cholernie trudno się tej ścieżki trzymać. Noszę bowiem na rękach zamiast pozwalać się potykać. Biegnę co sił, by nie dopuścić do płaczu. Krzyczę i karcę kiedy histeryzują w sklepie lub autobusie, wiążę im buty, myję im zęby, karmię i ubieram, bo się spóźnię do pracy, bo będzie szybciej, bo będzie łatwiej.
Łapię się na tym, że poświęcam wiele, by ich uczyć, a później (często nieświadomie) zaprzepaszczam wszelkie, dotychczasowe starania wyręczając ich. Brak mi cierpliwości, opanowania, wspomnianego czasu. Moje wszystkie postanowienia i podejmowane działania biorą w łeb w obliczu trudów codzienności.
Jeszcze te dyskusje, dlaczego robisz tak, a nie inaczej? Słyszę tylko, że:
– pozwalam wchodzić sobie na głowę, bo aprobuję ich krzyk,
– wychowam niemotę życiową, bo za często przytulam.
Albo totalnie w drugą stronę:
 jesteś wyrodną matką, bo pozwalam dziecku zapłakać,
– co ze mnie za matka? Jak dziecka pilnuję, skoro nabiło sobie guza?
Masakra po prostu.
Dochodzę do ściany. Uważam się za tak samodzielną osobę i tak bardzo chcę wychować samodzielne dzieci, że boję się popełnić błąd. Cały czas szukam złotego środka i nie wiem czy go odnajdę. Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, – jak nauczyć dziecko samodzielności? – a jednocześnie mam poczucie, że się w tym zatracam. Po czym następuje totalny zwrot akcji, odpuszczam, robię za dzieci wszystko, chronię przed światem, by się na nim nie zawiodły, jak wielokrotnie ja się potrafiłam zawieść. Serwuję swoim dzieciom emocjonalną jazdę bez trzymanki, sobie zresztą też.
Pisałam o pewności siebie, walce ze strachem i lenistwem. Czy ja w ogóle jestem w stanie tego nauczyć swoje dzieci? Mi samej jest ciężko wykrzesać w sobie odwagę, zmotywować do pracy, walczyć z zakompleksieniem, być zdeterminowaną i zdecydowaną. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że postawiłam sobie zbyt wysoko poprzeczkę. Dopada mnie zwątpienie, bo ja mogę ich tego nie nauczyć, sama przecież szukam właściwej ścieżki.
Nie chcę na siłę wrzucać do wody (konfrontować ze światem), by nauczyło się pływać (żyć). Ten nagły skok na głęboką wodę nie wszystkim wychodzi na dobre, ale z drugiej strony samodzielność to sztuka dokonywania wyborów, popełniania błędów, zbierania doświadczeń, zadawania pytań i próby odpowiedzi na nie.
Zatem nie wrzucę do wody na siłę, ale zachęcę by same do niej weszły. Oswoję z jej zimnem, opowiem o radości jaką można czerpać z zanurzenia w niej. Pokażę jak wykonać pierwszy ruch, jak unosić się na powierzchni, jednak walkę z falami im pozostawię.   
Ktoś powiedział, że wychowujemy dzieci dla innych ludzi, nie dla siebie. To zdanie zawiera w sobie prawdę, lecz nie byłabym sobą gdybym pozostawiła je bez swojego przemyślenia. Wychowujemy dzieci:
– dla innych ludzi, by im się żyło lepiej,
– dla nich samych, by nauczyły się pokonywać przeszkody, czerpać garściami z radości, jaką daje życie, by mogły przekazać te emocje swoim dzieciom.
– dla nas samych również, nie z egoizmu i strachu przed samotnością lecz dla własnej satysfakcji i pewności, że potrafią nie tylko dryfować z falą, ale również płynąć pod prąd.
P.S. Dziękuję swoim rodzicom za słowa „Jesteś dorosła, wiesz co robisz”. Trzeba wielkiego zaufania i odwagi, by wypowiedzieć te słowa.
Jakaś sentymentalna ostatnio jestem….
  • Nauczenie dziecka samodzielności to bardzo trudna sztuka. Z jednej strony konieczność przygotowania naszych dzieci do dorosłości, z drugiej chęć chronienia ich przed całym złem tego świata… Trudne to…

  • świetny tekst! 🙂

  • Sama się często zastanawiam nad tym tematem. Nie jest prosto wychowywać dzieci 😉

  • Anonimowy

    "Trzymanie dziecka za rękę do trzydziestki" to chyba najwieksza krzywda jaką rodzice głównie matki mogą wyrządzić swojemu dziecku. Przychodzi w życiu naszych dzieci taki czas kiedy my matki powinnyśmy odpuścić, zejść na bok i pozwolić im żyć.

  • Wlasnie! Wszystkie nasze dzialania wystawione sa na krytyke. Codziennie ucze sie tym nie przejmowac, ale to trudne. Gdzies w glowie mam dobro swoich dzieci i sie zastanawiam, ktore z moich dzialam na pewno jest dla nich dobre… pozwolic by nabilo sobie guza czy trzymac za reke di trzydziestki…

  • Milena

    bardzo fajny tekst, szczególnie jest mi bliski fragment:
    "Jeszcze te dyskusje, dlaczego robisz tak, a nie inaczej? Słyszę tylko, że:
    – pozwalam wchodzić sobie na głowę, bo aprobuję ich krzyk,
    – wychowam niemotę życiową, bo za często przytulam.
    Albo totalnie w drugą stronę:
    – jesteś wyrodną matką, bo pozwalam dziecku zapłakać,
    – co ze mnie za matka? Jak dziecka pilnuję, skoro nabiło sobie guza?
    Masakra po prostu."

    tez tak mam, np na placu zabaw bawie sie z dzieckiemi widzę te spojrzenia innych matek"daj jej spokoj, niech sobie sama radzi", za chwile rozmawiam z kimś, moje dziecko pod huśtawką we krwi, i znów spojrzenia "co za matka, takiego małego dziecka nie pilnuje…"
    🙂