Dawno, dawno temu, w małej miejscowości na trasie Małkinia-Warszawa żyła sobie dziewczynka imieniem Karolinka. Była bardzo zakompleksioną dziewczynką, która czekała aż książę na rączym, białym rumaku wyzwoli ją z sieci dziecięcego zacietrzewienia i obudzi w niej kobietę….

I tu koniec bajki…. Tym dziewczynom, które jeszcze same do tego nie doszły oznajmiam: prędzej spotkasz rączego rumaka niż rycerza, a do kobiecości sama dorośniesz. Książęta są tylko w bajkach, brzydkie kaczątka tylko w bajkach za pomocą pocałunku zamieniają się w laski-księżniczki. W prawdziwym świecie Kochana, jak sama się nie ogarniesz to i miłość rycerza Ci nie pomoże.

Heh, nie umiem opowiadać bajek…

Ciąże i macierzyństwo zmieniają kobietę psychicznie i fizycznie. Czy Wy też zauważacie, że młodym matkom zmieniają się rysy twarzy? Pomijam zmęczenie, opuchliznę czy dodatkowe kilogramy. Znam wiele młodych mamusiek i każda wydaje mi się na twarzy piękniejsza, doroślejsza, prawdziwie kobieca. Niestety one same tego nie dostrzegają. Skupiają się na opiece nad dzieckiem lub zadręczają nadprogramowymi kilogramami. Powtarzają, że się zapuściły (czytaj zaniedbały), że nie wiedzą kiedy znowu odzyskają siebie.
Ten stan przecież mija. Mija aż za szybko, bo malec rośnie jak na drożdżach, a Wy z każdym tygodniem będziecie odkrywać, że te kilka chwil z dnia czy nocy można wyrwać tylko dla siebie. To naprawdę da się zrobić.
Fot. Marifoto https://www.facebook.com/marifotoMD/?fref=ts
Młode mamy jesteście piękne! Jesteście silne! Jesteście bohaterkami we własnych domach! Nikt Wam tej funkcji nie zabierze, ale przychodzi w życiu taki moment, że warto pomyśleć o sobie. Dziecko w końcu zacznie chodzić, samodzielnie jeść, mówić, siusiać. Odrzuci pierś czy smoka i zacznie domagać się samodzielnego eksplorowania świata.
Co Ty wtedy zrobisz? Tak! Wrócisz do pracy! I to będzie Twoja pierwsza, bolesna lekcja zderzenia z rzeczywistością.

Odkryjesz, że świat wcale na Ciebie nie czekał, a Ty zamknięta w czterech ścianach swojego „M” stworzyłaś z placu zabaw i sklepu spożywczego wyznacznik wszechogarniającej globalizacji. Nie zrozum mnie źle. To nie jest złe zachowanie. Mój świat też tak wyglądał. Wykreowałam sobie własny mikroklimat, grupę wsparcia składająca się z innych mam wózkowych, zamknęłam się na inne możliwości. Przez ostatnie (z małą przerwą) cztery lata moim światem były kupy, kaszki, pieluchy, wózek, żłobek, plac zabaw, Biedronka i polowanie na ciuszki w Lidlu. Zapomniałam o pracy, o niektórych znajomych – o niektórych zapomniałam celowo (pamiętaj chamów przy sobie na siłę nie trzymaj!) – świat za to nie czekał.

Powrót do pracy brutalnie uświadamia, jak wiele zmian odbyło się bez nas. W ciągu krótkiego czasu trzeba nadgonić zaległości. Przestawiam właśnie głowę, uczę się zarządzać czasem (robię notatki w kalendarzu prywatnym i służbowym – taka kreatywna jestem), zmuszam się do makijażu (przez rok nie był mi on do niczego potrzebny), intensywnie myślę o uruchomieniu żelazka (przez rok prawie nic nie prasowałam), robię lunchboxy, (czyli marnuję podwójnie czas wieczorem na robienie żarcia, ale bez tego diety z Chodakowską nie utrzymam) i najtrudniejsze – staram się zmusić do intelektualnego wysiłku. To nie jest proste, to nawet bolesne, ale nie niemożliwe. Większość bowiem czynności wykonywanych przez ostatni rok skoncentrowane było na nabywaniu fizycznych sprawności, typu dźwiganie nosidełka, dźwiganie klucha-malucha, krojenie, mieszanie jedną ręką, slalom gigant z wózkiem, tudzież noszenie na jednej ręce śpiącej Hanki, w drugiej reklamówki z zakupami, a brzuchem popychanie wózka ze stale jęczącym Jaśkiem.

Gdzie zatem miałam pomyśleć o sobie? Otóż o sobie zaczyna się myśleć jak brakuje już czasu. Mniej więcej miesiąc przed powrotem do pracy odkryłam, że w jakimś sensie zmarnowałam dany mi rok bez pracy. Czy Wy młode mamy obiecałyście sobie, że jak pójdziecie na zwolnienie lekarskie, a później na urlop macierzyński to, na przykład:
– nadrobicie zaległości w czytelnictwie. (Moje nieprzeczytane książki sprzed czterech lat nadal stoją nietknięte. WSTYD po prostu!),
– douczycie się języka obcego. (Notatki z hiszpańskiego i angielskiego ruszyłam tylko raz podczas opróżniania szafki w trakcie remontu w mieszkaniu),
– będziecie wychodzić na świeże powietrze z dzieciakami. (Moja pupa w porze spacerku była szczególnie, wyjątkowo i niemierzalnie cięższa niż zwykle),
– będziecie modnie i schludnie ubierać się do spożywczaka i na plac zabaw, (a w du.. to miałam, trampki, rozciągnięty dres i nierozczesane włosy – po co się starać jak Jasiek zaraz na mnie uleje),
– będziecie w weekendy uczestniczyć z mężem i dziećmi w rodzinnych imprezach miejskich. (O wydarzeniach tego typu przypominałam sobie wieczorami, jak było już po fakcie),
– nie będziecie krzyczeć na swoje dzieci, (taaaa… to jest moim zdaniem niewykonalne)
– będziecie chodzić do kina raz na trzy miesiące i robić romantyczne kolacje. (Kino zaliczyłam dopiero niedawno, tak a propos recenzji „Planety singli”, a romantyczne kolacje oglądałam w tureckich i meksykańskich telenowelach),
– napiszecie biznesplan, założycie działalność i będziecie seksi mamami „biznesłumenkami” 🙂 (Folder o wdzięcznej nazwie biznesplan wisi na pulpicie komputera w dalszym ciągu pusty. Nie to, żebym zaniechała całkowicie planów o własnym interesie, ale przy dwójce małych dzieci stwierdziłam, że będzie mi bardzo trudno pogodzić samozatrudnienie z opieką nad tymi małymi terrorystami),
– będziecie uprawiać sport i przejdziecie na dietę (a to mi akurat wyszło, tylko z tą dietą to też za późno zaczęłam. Obawiam się, że tegoroczne lato i wycięte bikini nie znaczą dla mnie to samo, ale nie jest źle. Ba! Jest nieskromnie dobrze, jak na mnie oczywiście),
– będziecie częściej chodzić do fryzjera i malować usta na czerwono. (Ha! Ha! Ha! Przez ponad pół roku fryzjera na oczy nie widziałam, bo syna od cyca się odkleić nie dało, a czerwoną szminkę owszem kupiłam, ale mam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą, więc leży w torebce i przypomina o zmarnowanych pieniądzach),
–  pójdziecie na jakiś kurs zawodowy, żeby po powrocie do pracy udowodnić sobie i innym, że nie zmieniałyście tylko pieluch. (Gdybym nie musiała iść do szkoły, bo zaistniała taka konieczność, to dobrowolnie nikt, by nie zmusił mnie do spędzania weekendów w uczelnianej ławce).
Tak można byłoby wymieniać i wymieniać, a człowiek właśnie na miesiąc przed powrotem do pracy uświadamia sobie, że większość z tych planów musi bądź powinien nadrobić w ciągu tych galopujących trzydziestu dni. W moim przypadku to był już ostatni taki moment, bo nie zamierzam więcej korzystać z urlopu macierzyńskiego.

Na szczęście dla mnie – jak już wspominałam – spotykam na swej drodze dobrych ludzi. Ci ludzie uczynili ten ostatni rok wyjątkowym, mimo moich prywatnych niezrealizowanych postanowień. Spędziłam też wiele ciekawych dni i nocy 🙂 Mam super sąsiadkę – „sparingpartnerkę”, z którą biegam już 10 kilometrów – to nasza prywatna walka z własnymi słabościami. Mam drugą super sąsiadkę, obecnie w ciąży, która słucha moich wywodów nt. dzieci i chętnie zostaje z moimi szkrabami, które ją wprost uwielbiają. W ogóle (z bardzo małymi wyjątkami) mam super sąsiadów! Byłam pierwszy raz od 6 lat na dyskotece i na pewno niebawem to powtórzę. Wyjechałam z rodzinką nad morze (pierwszy taki urlop od czterech lat). Spędziłam super weekend w Okunince. Mam nadzieję zresztą, że Jezioro Białe będzie stałym punktem naszych wycieczek, jeżeli oczywiście sąsiedzi nie będą mieć nas dosyć 🙂 Za chwilę skończę szkołę. Schudłam, itp.

Z każdym dniem, który przybliżał mnie do powrotu do pracy coraz częściej myślałam o sobie. Nadrabiałam stracony czas na tyle na ile mogłam. Kupowałam nowe ciuchy i buty, bo do pracy już dresu nie założę. W kosmetyczce pojawiły się nowe kolorowe kosmetyki, bo postanowiłam się malować do pracy. Zatem chodzę w nowych ciuchach, codziennie pomalowana… Ciekawe jak długo utrzymam taki stan rzeczy.

Trafiła mi się też miła niespodzianka. Przedsmak tego Karolinowego szaleństwa mieliście już na Facebooku. Teraz pochwalę się na blogu.
Na samym początku napisałam, że do kobiecości trzeba dojrzeć. Kobietą się stajesz powoli. To nie tylko stan ciała, ale też stan umysłu. Z chwilą kiedy zgodziłam się na tą wyjątkową, sensualną sesję zdjęciową wiedziałam już czym jest moja, prywatna kobiecość.

Fot. Marifoto https://www.facebook.com/marifotoMD/?fref=ts

Mam trzydzieści lat, jestem żoną, mam dwoje dzieci, swoje blizny na ciele i duszy. Wszystkie doświadczenia dnia codziennego budują moją pewność siebie, pewność siebie buduje moją kobiecość. Znam swoje dobre i złe strony. Chociaż nie zawsze udaje mi się zapanować nad tymi złymi sferami, to jednak wyciągam wnioski z każdej lekcji jaką daje mi życie i walczę. To też przychodzi z wiekiem. Mam chwile słabości, ale ta pewność siebie, swojej kobiecości, swojego JA i ciała pomaga w tej walce. Każda z nas tak potrafi, tylko nie każda to sobie uświadamia, bądź jeszcze tej siły nie nazwała.

Ktoś mógłby mi zarzucić, że mam właśnie trzydzieści lat, męża, dzieci i takie sesje, blog, mówienie i pisanie o własnym JA mi już nie przystoi. Mam to gdzieś. Nie krzywdzę tym drugiego człowieka, przynajmniej nie umyślnie. Znam ludzi, którzy urodzili się i zostali wychowani po to, by gardzić ludźmi i ich ranić. Ja taka nie jestem, chociaż moje własne JA karze mi się też bronić, gdy ktoś mnie krzywdzi. Kiedyś przyjmowałam ciosy dzisiaj stanę w ofensywie.
Kiedy patrzę na te zdjęcia, nabieram pewności siebie. Widzę swoją siłę we własnych oczach. Nie twierdzę, że musisz zrobić sobie taką sesję, by odkryć swoje własne wewnętrzne JA, ale to będzie dobry początek. Czasy cichych zakompleksionych, wstydliwych mamusiek, które przyjmowały upokorzenia, wychowane w poczuciu drugorzędności już się skończyły. Mimo, że się boisz, możesz stawić czoła wszystkiemu. Ta sesja stała się moim lekarstwem, sprawiła, że zapomniałam o porażkach. Taka chwila zapomnienia też jest niezwykle istotna, by nie zwariować.

Mam tych zdjęć jeszcze mnóstwo. Nie są wulgarne, są sensualne, kipiące kobiecością. Po raz pierwszy od urodzenia podobam się sobie. Nie muszę już zabiegać o czułe słowo lub pochwałę bliskiej osoby. Widzę te zdjęcia i sama się motywuję 🙂
Czuję się zajebiście! Taka skromna jestem! 🙂
Kochane mamuśki, kochane przyszłe mamuśki.
Świat nie poczeka na Was, gdy siedzicie w domu. Pierwsze miesiące z dzieckiem są ciężkie i wtedy o sobie się nie myśli, ale obiecajcie mi, że jak już tego małego bąbla będzie można zostawić z tatą na kilka godzin, to ten wolny czas przeznaczycie dla siebie. Spróbujcie zrealizować chociaż jedno ze swoich przedporodowych postanowień. To Wam naprawdę pomoże, gdy już wrócicie do pracy. Nie będziecie już o takich sprawach myśleć. Prawie każdą kobietę takie refleksje nachodzą. Na mnie działały destrukcyjnie. Przez ostatnie kilkadziesiąt dni byłam nieznośna. Zadręczałam się powrotem do pracy, opieką nad dziećmi, własnymi pragnieniami, niezrealizowanym postanowieniami, wybujałymi marzeniami. Szukałam siebie, sposobu na siebie, szukałam pomocy. Pomoc jednak nie zawsze przychodzi. Mąż Cię nie zrozumie, bo w jego życiu nic się nie zmienia. On przez ostatnie lata chodził normalnie do pracy, z dziećmi bawił się wieczorami. Prędzej Ci wypomni potknięcie niż pochwali. Twoja matka już nie pamięta, jak to było za jej czasów. Pokolenie naszych matek zresztą w większości nie pracowało do czasu, aż dzieci pójdą do przedszkola lub szkoły. My mamy trudniej ogarnąć ten świat psychicznie czy logistycznie. Większość spraw i tak zostaje na naszych głowach.
Ja ciebie Matko Polko wracająca do pracy rozumiem bardzo dobrze. Rozumiem twoje lęki, gniew, rozgoryczenie, zawód, ambicje i niemożność ich realizacji, przeszkody na twojej drodze i próby walki.
Pamiętaj o sobie. Kochaj siebie i dbaj o siebie! Tylko w ten sposób nabierzesz siły, motywacji, prywatnego zadowolenia. 
Zadowolona matka to zadowolone dzieci, mąż, pies/kot i spokój w domu. Ci, którzy mają problem ze zrozumieniem tego niech się najzwyczajniej w świecie bujają.
P.S. Żeby nie było. Ja tak łatwo sobie tych zdjęć nie dałam zrobić, przynajmniej na początku. Marysia musiała mi pokazać Adwocaata, żebym zdjęła bluzkę 🙂 Było warto! Zatem jak chcecie dobrego Adwocaata i piękne zdjęcia to do Marysi 🙂