Żłobek, przedszkole, szkoła – wylęgarnia wirusów, bakterii i pasożytów. Od września wszyscy odkrywają Amerykę, że niby wszy są w przedszkolach, że dziecko z „gruźliczym” kaszlem poszło do szkoły i zarazki rozsiewa, ale najlepsze są teksty o katarze, jego rodzajach i zagrożeniach jakie niesie.

Nie chcę wyjść na ignorantkę, ale zaprawiona w bojach już jestem, jeżeli chodzi o dziecięce infekcje i naprawdę mam dosyć gównoburzy w mediach społecznościowych, która zaostrza się w sezonie infekcyjnym. Chociaż jakby się nad tym bliżej zastanowić to właśnie wsadziłam kij w mrowisko 🙂

Otóż generowanie żebrolajków pod postami typu „rodzicu nie przyprowadzaj chorego dziecka do przedszkola” albo „nieodpowiedzialni rodzice puszczają dzieci do żłobka z katarem” jest już irytujące i mi bokiem wychodzi. Dlatego uroczyście oświadczam, że nie życzę sobię lajków pod tym postem :-), aby nikt mnie nie posądził o żebranie :-).

To, że ktoś napisze o rzeczach oczywistych już rzadko kogo rusza, a na pewno nie rusza tych, którzy konsekwentnie wycierają ściekającego po brodzie i kurtce zielonego gluta dziecku przed drzwiami przedszkola. Nie ma szans, by po setnym artykule o infekcjach w szkole, niektórzy rodzice zmienili swoje postępowanie.

Nie wiem czy istnieją rodzice egoiści i nie wierzę, by każdy tak bez żadnych wyrzutów sumienia i lęku o pociechę oddawał swoje dziecko z gorączką, uprzednio faszerując je Nurofenem, by chociaż przez kilka godzin przesiedziało w przedszkolu.

Nie wierzę też by rodzice w dzisiejszych czasach, kiedy jesteśmy bombardowani informacjami o prawidłowej higienie lub najnowszych odkryciach medycyny, kiedy nasze fejsbuki są przesycone postami o katarach, itp., nie umieli przewidzieć konsekwencji swoich działań. Logika takich rodziców się nie zmieni, nawet po próbach utopienia ich w fali hejtu, która w mediach społecznościowych się systematycznie przelewa.

Sama raz w życiu posłałam dziecko z gorączką faszerując je środkami przeciwbólowymi, bo danego dnia wydawało mi się, że muszę być w pracy, że jestem w pracy bardziej potrzebna niż dziecku. To były najgorsze godziny mojego życia, godziny zamartwiania się, godziny walki z wyrzutami sumienia.
Nie przekonały mnie do zmiany postępowania jakieś posty na blogach, że niby jestem nieodpowiedzialna, bo przyczyniam się do zarażania innych dzieci, wręcz przeciwnie, gdzieś tego dnia miałam inne dzieci, ale pokonała mnie świadomość, że tego dnia okazałam się najgorszą matką ever, że gdzieś miałam swoje własne dziecko i wolałam iść do pracy – to mnie wyżera do tej pory od środka.
Już tego więcej nie zrobiłam, ale czy jestem w stanie przysiąc, że ponownie tego nie zrobię? Nie potrafię powiedzieć, że absolutnie nie, chociaż bardzo się od tamtej pory trzymam zasady, że gorączka oznacza kategoryczny zakaz wychodzenia z domu, że gorączka oznacza ból dla mojego dziecka, a moje zawodowe sprawy nie są istotne w obliczu cierpienia mojego dziecka, nawet jeżeli jest to tylko przejściowe.

Tak! Codziennie zaprowadzam dzieci do przedszkola i codziennie słucham gruźliczego kaszlu innych dzieci.

Tak! Martwi mnie to, irytuje mnie to, bo moje przecież są zdrowe.

Tak! Mam ochotę nawciskać rodzicom, którzy przyprowadzają chore dziecko do przedszkola i mogą przez to zarazić moje!

Tak! Będę hipokrytką jeśli im nawciskam, a sama kilka dni później poślę dziecko z katarem.

Być może nie powinnam używać słowa gównoburza, bo to słowo pejoratywne, ale nie zmienia to faktu, że żerowanie w sieci na emocjach związanych z chorobami dzieci już mnie nieźle męczy. Męczy mnie głównie wspomniana hipokryzja, bo mam poczucie, że każdy z rodziców, szczególnie ci najgłośniej krzyczący, posłało chociaż raz swoją pociechę z gorączką, duszącym kaszlem lub gilem do pasa, nawet jeśli mogli zostawić je bez problemu w domu.

No cóż. Prawdziwymi stają się bowiem stare twierdzenia, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, a „kocioł przyganiał garnkowi”

 

  • Katarzyna Mirek

    Zawsze się martwię o moich synów kiedy słyszę niesiony po korytarzu gruźliczy kaszel jakiegoś malucha. Boję się, bo wiem jak trudno będzie mi wziąć kolejne wolne w pracy. Aczkolwiek po części rozumiem, że nie zawsze rodzic może zapewnić w domu opiekę dziecku i nagina zasady

  • Bebe Talent

    To niestety nagminne. W żłobkach, przedszkolach, pracy. A potem kończy się lekami na serce z powodu powikłań po przechodzonej anginie…

  • Anna Zmysłowska

    Podoba mi się takie myślenie. Też nie lubię, gdy na uczelni czasami nie da się usprawiedliwić nieobecności i ludzie przychodzą przeziębieni i z wysoką gorączką… :/

  • Paulina Stachyra

    To bardzo powszechny problem. Mnie wkurzają często facebookowe posty informujące wszystkich dookoła, że czyjeś dziecko jest chore.

  • Laura LR

    Sadze ze ten problem zawsze bedzie niektore szkoly przedszkola wymagaja by dzieci chodizly nawet z goraczka niestety

  • Kamila Posobkiewicz

    Problem infekcji w przedszkolach jest, był i prawdopodobnie będzie. Rodzice posyłają chore dzieci, mimo zakazu wywieszonego na drzwiach wejściowych. Z jednej strony, podobnie jak Ty, się na to burzę, z drugiej- staram się zrozumieć zestresowanego rodzica, który nie zdołał załatwić opieki dla chorego dziecka, a ma akurat prezentacje z projektu życia. Życie, po prostu. Tylko dzieci żal…

  • Przedszkole, szkoła i potem praca. Wszędzie to samo i nie da się tego uniknąć 🙂