Osiem kilogramów na plusie, podejrzenie depresji a jeśli nie depresji to stanów depresyjnych, poczucie przytłoczenia obowiązkami rodzinnymi i zawodowymi – tak będę kojarzyć 2017 rok, ale z drugiej strony nie mogę narzekać, bo mimo zmęczenia, permanentnego smutku i doła z powodu efektu jojo, to ubiegły rok dał mi też kilka powodów do satysfakcji zarówno na płaszczyźnie rodzinnej jak i zawodowej.

Zaczęłam od mega krótkiego podsumowania 2017 roku. 1 stycznia 2018 roku jest jak reset, co prawda nie funkcjonuje bez tego co się wydarzyło w 2017, ale jest też idealnym pretekstem, by coś zmienić jeśli coś wydaje się, że wymaga zmiany.

Czerpać satysfakcję z tego co już osiągnęłam

W tym roku skończę 33 lata. Chrystus mniej więcej w tym wieku przemieniał wodę w wino, a ja bym chciała odkryć w sobie pasję, którą mogłabym przekuć na pieniądze 🙂 Kiedyś myślałam, że posiadana przeze mnie wszechstronność w zainteresowaniach i łatwość nauki oraz dostosowywania się do danej sytuacji jest moją wielką zaletą, teraz uważam, że to moja największa wada, przez którą tak naprawdę nie odkryłam, co bym chciała w życiu robić, co dawałoby mi pełną zawodową satysfakcję. A im starsza jestem to i z nauką gorzej i coraz mniej chce mi się interesować czymkolwiek.
Próbowałam większość życia być realistką, stąpać twardo po ziemi, a więc po prostu pracować, by mieć co do garnka włożyć, ale jednak natury nie oszukałam – jestem marzycielką, skoro myślę, że uda mi się odnaleźć w życiu zajęcie, które pokocham całą sobą i jeszcze na tym zarobię na rodzinę.
Zatem doszłam do jednego (trochę gorzkiego wniosku), że muszę czerpać motywację i satysfakcję z tego co już robię. Jak już wspominałam rok 2017 był dla mnie wyjątkowo zawodowo udany, głównie dzięki temu, że potrafię dostosować się do danej sytuacji i radzić sobie w niej najlepiej jak mi siły pozwalają. Ma to też swoje minusy, bo przypłaciłam to pewnym zmęczeniem i (o ironio!) wielkim zwątpieniem w siebie, własną inteligencję i swoje możliwości. Nie wiem skąd się bierze u mnie ten permanentny stan niedowartościowania, poczucia ogłupienia i niższości względem innych osób. To naprawdę nie pozwala mi się cieszyć z tego, co już osiągnęłam… Tylko co ja tak naprawdę osiągnęłam? No właśnie… koło mojego umartwiania zamyka się i kręci się, kręci się i robi mi z mózgu papkę.
W przebłyskach świadomości doszłam zatem do wniosku, że w 2018 roku będę profesjonalistką i postaram się wykonywać swoje dotychczasowe obowiązki najlepiej jak potrafię. Nie tylko doceniać to, że mam kreatywną pracę, kontakt z mądrymi ludźmi, ale też pokochać to co robię, by mnie to w pełni cieszyło.
Wiem jednak, że będę zadawać sobie cały czas to jedno gorzkie pytanie… Czy tego właśnie dla siebie chciałam? Gdybym tylko wiedziała, czego ja tak naprawdę chcę…

Nie zwariować = przetrwać

Macierzyństwo objawiło mi jedną wielką prawdę o mnie samej. Nie nadaję się na matkę. Trwam zatem w tym stanie i będę trwać do końca życia. To stan wręcz maniakalny, serwujący huśtawkę emocji – od euforii, kiedy cieszę się z sukcesów swoich dzieci, czy wielkiego wyrzutu oksytocyny, kiedy czuję nieocenioną bliskość między nami, aż po totalny depresyjny dół, bo sobie nie radzę z ich wychowywaniem, bo nie chce mi się z nimi bawić, bo nikt mnie tak bardzo nie wkurza jak moje dzieci. Więc w tym stanie euforycznej miłości przeplatanej nieopisaną złością oraz rozdarciem między własnym ja a miłością do tych moich małych „Pijaweczek” spróbuję w tym roku nie zwariować.

Zadbać o siebie

I nie mam tu jedynie na myśli odchudzania czy zmian w wyglądzie jako takich. Chodzi mi przede wszystkim o badanie się (zaczynając od wizyt u stomatologa, po cytologię, usg piersi itp.), ale też o znalezienie czasu dla siebie, o pozwolenie sobie na bycie od czasu do czasu egoistką.
Jednak o tym odchudzaniu też muszę wspomnieć. Od powrotu do pracy prawie 2 lata temu (kurde jak to szybko minęło) przytyłam 8 kg, aż 8 kg!!! Tylko kobiety wiedzą jakie to dołujące, kiedy waga pokazuje po trzech latach od urodzenia dziecka więcej kilogramów niż miało się tuż po porodzie.
Owszem część z tych kilogramów to woda po zmianach hormonalnych, trochę też jest masy mięśniowej, bo od kilku miesięcy już „pakuje” na siłce :), ale największym winowajcą jestem ja, bo dopadło mnie ogólne lenistwo, przemęczenie, ale też to, z czym walczę od dzieciństwa czyli zwykłe obżarstwo. Moim przekleństwem jest to, że umiem i bardzo lubię gotować 🙁 A jak coś ugotujesz to i lubisz zjeść, lubisz dobre smaki, najlepiej słodkie albo tłuste – pyszotka – tylko zostaje w boczkach kiedy tego skutecznie nie wypocisz na treningu.

Zatem jeszcze 31 grudnia (bardzo mądrze, nie?….) obżarłam się wszystkim co tylko mogłam, co daje mi przyjemność, a od 1 stycznia wróciłam do zdrowej diety, pilnowania dziennej dawki kalorii i regularnych treningów, ale nie tak morderczych jak kiedyś, bo niestety to się w moim przypadku zemściło.
Karnet na siłownię jest. Mam zamiar przez ten rok regularnie, 3 razy w tygodniu chodzić na siłkę i zredukować (z głową) liczbę spożywanych kalorii, by mam nadzieję w czerwcu wbić się w ten zajebisty kostium kąpielowy, który kupiłam dwa lata temu w Gatcie, a w którym w lato 2017 nie byłam w stanie się pokazać, bo wyglądałam jak baleron naciągnięty nitką podczas pieczenia, tudzież smażenia na słońcu.
Czy osiągnę zamierzony efekt? Mam motywację. Tylko dlaczego jakaś głęboko ukryta cząstką mnie krzyczy, że chciałaby wreszcie zaakceptować siebie taka jaką jest?

Może w tym wszystkim właśnie o to chodzi? By przestać analizować?! By przestać zbyt dużo od siebie wymagać?! By pogodzić się z myślą, że jestem jaka jestem?!

By nauczyć się sama ze sobą żyć, docenić co mam, dbać o to co mam?!