W tym wpisie wezmę na tapetę nasze obawy, problemy i te gorsze zmienne, które w życiu rodziców mają wpływ na podjęcie tej niełatwej decyzji. Dzisiaj bez lukru, ale następnym razem obiecuję tym, co bez węglowodanów nie lubią, że będzie więcej słodyczy

Finanse, praca, dom.
Problemem – w naszym przypadku – przy decyzji o drugim dziecku nie były kwestie finansowe czy lokalowe. Wiedziałam, że jakoś damy radę. Ten problem wchodzi w grę teraz, kiedy mogłabym zajść w trzecią ciążę. Dlatego rozumiem szczegółowe analizy czy dyskusje rodzin 2+1 i więcej. W dzisiejszych czasach praca, finanse i warunki mieszkaniowe są niezwykle istotne. Chcemy za wszelką cenę zapewnić dziecku byt lepszy lub porównywalny do takiego, jaki my mieliśmy. Rzadko jednak zdarza się, żeby mieć wszystko na raz, by w pracy był dobry moment, kasa na koncie wolniej topniała, dom z pokojem dla każdego.
Odpowiedni czas.
Pewność miałam też, co do czasu. Postanowiłam urodzić drugie dziecko przed trzydziestką. To był jasny cel i jakoś się wtedy nie zastanawiałam, czy szybko zajdę w ciąże, czy ciąża będzie zdrowa, itp. Miałam niezwykłe szczęście. Sytuacja zawodowa też bardzo sprzyjała w rozwoju prywatnym. Nie było na co czekać. Mąż również chciał mieć drugie dziecko – chociaż jak to z facetem bywa wolał to jeszcze odłożyć o rok lub dwa. Ja jednak czułam, że to jest moment idealny. W głowie zaś miałam wizje kobitki po czterdziestce z odchowanymi dzieciakami. One na koloniach, my z mężem na Karaibach…
My potencjalni i obecni rodzice nie zawsze jednak możemy wybrać odpowiedni czas. Do dzidziusia trzeba dwojga, ale czasami sytuacja nie ta, dzień nie taki, zbyt spięci lub zbyt rozluźnieni. Planujesz, starasz się, czekasz i nic z tego nie wychodzi. Innym razem nie chcesz, unikasz tematu, bronisz się przed tym, a test pokazuje dwie kreski… Życie…
Tak sobie myślę, że tutaj nie można kalkulować. Pracę zmienisz, mieszkanie da się przystosować, lata lecą i nie młodniejesz, a o dziecko jednym łatwiej, drugim trudniej się postarać. Zatem lepiej się nie zastanawiać, tylko próbować. Kiedy dzieci już są na świecie to reszta jest ważna, lecz nie najważniejsza.
Presja rodziny.
Cieszę się, że urodziłam dziewczynkę i chłopca. Już nikt ode mnie nie oczekuje więcej. Jeżeli kiedyś się na trzecie dziecko zdecydujemy, będzie to tylko nasza potrzeba serca.
Dopiero, co urodziłaś pierwsze dziecko, a tu już pytają kiedy drugie. Gdyby za drugim razem była ponownie dziewczynka, pytali by przez następne lata kiedy chłopiec.
A jak byłoby trzecie? To jedni postukają się w czoło, bo niby na co Wam to było, inni stwierdzą, że na antykoncepcji się nie znacie albo podkusiło was 500plus. Ech ta presja, ech te ludzkie gadanie.
Druga ciąża. Ciąg dalszy cielesnych zmian.
Być może dopada nas przeświadczenie, że skoro w pierwszej ciąży było cudownie to i druga taka będzie, albo jak rzygałaś całe dziewięć miesięcy to i przy drugim stanie błogosławionym też będziesz. Gwarancji na żadną z tych sytuacji nie masz. Więc nie bądź zbyt pewna siebie lub zbyt przestraszona.
Boimy się też tycia, rozstępów, cellulitu, zwisającej skóry i leju po bombie. Tak wiele jednak zależy od naszej genetyki i samodyscypliny.
Ćwicz jednak mięśnie Kegla!!! Wiem, co mówię!!! Fałdy skóry na brzuchu są łatwiejsze do zniesienia niż nietrzymanie moczu.
Drugi poród.
Co z tego, że wiesz jak to wygląda, jak każdy poród jest inny. Co z tego, że jesteś przygotowana na wielki ból, jak przy każdym porodzie ten ból może być inny. W  moim przypadku był bardziej przeszywający i rozrywający. To tak jak porównać pierwszy poród do przyczajonego tygrysa i ukrytego smoka, a drugi do trzęsienia ziemi przynajmniej na 7 w skali Richtera – rozrywa szybko i robi wielką dziuuurę. Oczywiście tak było w moim przypadku. U Ciebie zapewne przebiegało bądź przebiegać będzie to odmiennie. Każda z nas ma bowiem inny prób bólu i doświadczenia.
Poród jednak obnaża paskudną prawdę. W obliczu bólu jesteśmy słabi i nawet nie wiemy jak bardzo dopóki sytuacji nie zajrzymy głęboko w oczy.
Nie miałam już przy drugim porodzie problemu z określeniem kiedy najwyższy czas do szpitala pojechać, ale na samej porodówce byłam jeszcze bardziej rozhisteryzowana niż za pierwszym razem. Zapomniałam jak się prze. Przy Hani studiowałam poradniki i ćwiczyłam oddechy. Przy Jasiu stwierdziłam, że nie ma sensu odświeżać sobie tej wiedzy, bo przecież już to przerabiałam. A guzik! W kryzysowym momencie byłam gorsza niż dziecko.
Wiedziałam jednak jak precyzować swoje potrzeby. Przy pierwszym porodzie mój kochany mąż szczególnie mnie irytował siedząc na fotelu ze smartfonem w ręku. Nie chciałam skorzystać z piłki czy drabinki, bo za bardzo bolało, ale przy drugim bobasie wołałam męża do każdego skurczu. Miał mnie masować po plecach i koniec, a piłka bardzo pomogła i mam wrażenie, że przyspieszyła cały proces.

Każde dziecko inne.

Nosisz w brzuchu tego małego bobasa tyle miesięcy, jednocześnie patrząc na tego pierwszego łobuza, który przytula się do brzucha i doczekać się nowego członka rodziny nie może. Przypominasz sobie jak to było, kiedy urodził się pierworodny. Być może przerażasz się w tym momencie wizją chorego dziecka czy powtórki z rozrywki. Kolki, ryk, nieprzespane noce, wiszenie na cycku, wizyty u lekarza, szczepionki, smoczki, pieluchy… Myślisz sobie z drugim będzie inaczej, drugie dziecko jest zawsze inne. Gwarancji jednak nie ma.
Z biegiem czasu Jaśko fasola stawał się w moim brzuchu arbuzem i dawał matce do zrozumienia, że łatwym dzieckiem nie będzie. W ciąży modliłam się jednak o to, by nie miał kolek, nie ryczał w nocy, dużo jadł i rósł lepiej niż Hania kruszynka. A i owszem, modły moje zostały wysłuchane, ale za to mieliśmy inne z Johnnym przeprawy, które też kosztowały nas wiele strachu i nerwów. Wszystko się dobrze ułożyło, ale pierwsze miesiące kosztowały nas o wiele więcej siły i stresu niż przy opiece nad Hanią.
Nie da się ukryć, że drugie dziecko obnaża nasze zmęczenie. Nie mamy pod opieką tylko jednego bobasa. Teraz czeka nas podwójna robota, a to często wykańcza i frustruje. O 1 w nocy wstajesz nakarmić noworodka, a o drugiej budzi Cię dwulatek, któremu przyśnił się zły sen. Płaczący dwulatek budzi noworodka i dopiero wtedy jest dyskoteka.
To jest oczywiście ten gorszy przykład. Jest też mnóstwo pozytywnych stron.
Pierwsze versus drugie.
Obawiamy się jak zachowa się pierworodne, gdy uświadomi sobie, że ta mała laleczka, która ssie non stop cycka zostaje na stałe. Większość dzieci, bowiem traktuje swoje młodsze rodzeństwo, jak takie małe zabawki. To wszystko do czasu. Z biegiem miesięcy ta mała laleczka zaczyna siedzieć, raczkować, zabierać zabawki, wszędzie za starszakiem chodzić i najzwyczajniej w świecie przeszkadzać. Często pojawiają się konflikty, bójki i przepychanki, płacze i histerie.
O ile młodsze szybciej się przy starszym rozwija, tak to starsze zaczyna się cofać w rozwoju. Nagle okazuje się, że musisz nakarmić dwoje, przebrać dwoje, mieć dwójkę na rękach. To bardzo normalne zachowanie. Nie mogę zagwarantować, że  przestaną się kłócić, ale etap cofania się w końcu przemija.
Młodsze szybciej się rozwija, ale też bierze starsze za wzór. Jasiek nie dawno przestał jeść warzywa, bo widział jak Hania je wyrzuca z talerza. Robi zatem to samo. Zaczął również w przypływie złości bić rodziców i kolegów, bo widział jak robi to Hania.
Matka jest tylko jedna.
Trudno jest też poświęcić pełną uwagę każdemu dziecku z osobna. Pierwsze dziecko nie jest już oczkiem w głowie, co wpędza nas mamy w pewne poczucie winy. Chcemy okazywać obojgu tyle samo miłości, bliskości i zainteresowania, ale przez pewien czas jest to po prostu niemożliwe. Zacznij zatem przygotowywać pierworodne do tej zmiany już podczas ciąży. Dziecko odpowiednio przygotowane na „nowe” jest naprawdę w stanie wiele znieść.
Pamiętaj jednak, że rodzicielstwo wymaga współpracy obojga rodziców. Niech mąż pomaga. Niech pomogą inni. Chwytaj każdą rękę, którą ktoś w twoją stronę wyciąga.
Najważniejszy jest jednak układ z partnerem. Myślę, że wtedy właśnie kształtują się ścisłe relacje dzieci z rodzicami. Partner zajmuje się zazwyczaj starszy dzieckiem, matka młodszym. Tak już właściwie zostaje na lata. Podczas takiej współpracy opartej na wzajemnym zaufaniu i szacunku łatwiej jest ogarnąć powiększającą się rodzinę.
Chociaż przyznaję, że nie jest to łatwe. Z mężem docierałam się bardzo długo i nawet do tej pory zdarza nam się o obowiązki i przyjemności pokłócić. Tak to już jest.

Koniec części pierwszej. W kolejnym wpisie będzie mnóstwo pozytywnych argumentów, które są dla mnie o wiele ważniejsze.