28 maja będę obchodzić z moim PT 5 – drewnianą rocznicę ślubu. Mam wrażenie, że to była przejażdżka Formułą 1, a nie rowerkiem 😉  Minęło bardzo szybko i bardzo pracowicie. Kolejno: kredyt, mieszkanie i dwoje dzieci, w dodatku dziewczynka i chłopiec – czyli wszystko, czego można oczekiwać od statystycznego polskiego małżeństwa.


Pięć lat budowania czegoś, co zwiemy rodziną – podstawową komórką społeczną. Mamy wszystko, co nam w życiu potrzebne, ale ponarzekać, jak to Polacy też lubimy.

Pięć lat małżeństwa, 10 lat związku – długo, bardzo długo – z jednym mężczyzną. Jak sobie pomyślę, że niektóre kobiety w moim wieku dopiero szukają partnera na stałe to mi się słabo robi. Jak ja wytrzymałam tyle lat? Jak on dawał i daje radę z moją nadpobudliwością, pyskowaniem, ekstrawertyzmem, złośliwością, niezdecydowaniem i PMS?
Pięć lat uczenia się siebie, akceptacji wad, tolerancji, wspierania, słuchania, narzekania, kłótni, a i rzucanie talerzami się zdarzało! Wspólne rozwiązywanie problemów, dwa wspólne porody, sprzeczki o nieprzespane noce, o rodziców, o pracę. Dużo tego, naprawdę dużo powodów, by już dawno powiedzieć sobie do widzenia. Coś jednak nas przy sobie trzyma (i nie mam tu na myśli kredytu czy dzieci). Trzyma nas przy sobie miłość – uczucie, bez którego nie byłoby naszej rodziny. Już dawno byśmy się pożegnali. Oczywiście dzieci, czy wzajemne przyzwyczajenie też cementuje nasz związek, ale to miłość i przyjaźń jest najważniejsza w naszym wspólnym pożyciu.
Czy to jeszcze miłość?
Tylko na jak długo tej miłości starczy? Kłótnie, nowe problemy, powtarzające się problemy, dzieci, praca – życie po prostu. Każdego dnia nasze uczucie wystawiane jest na próbę. Pytam zatem, na jak długo starcza miłości w związku? Czy istnieje granica między miłością a wieloletnim przywiązaniem, wygodą, akceptacją sytuacji zastanej? Dlaczego ludzie ze sobą zostają, albo od siebie odchodzą? Czy miłość wystarczy, by ze sobą być do grobowej deski? Czy miłość jako uczucie wypełniające nasz umysł i ciało jest w stanie wytrzymać tyle lat? Co z nudą i rutyną, która może stać się realnym zagrożeniem dla miłości? Czy w wieloletnim związku mamy czas na miłość romantyczną? Wiele pytań i zbyt dużo odpowiedzi na każde z nich. Jest jednak jedno najważniejsze pytanie, od którego powinniśmy zacząć…
Czym jest miłość?
Czymś czego nie da się tak łatwo opisać – można tylko próbować. Mogę powiedzieć czym jest zakochanie, bo przeżywałam je wielokrotnie już od czasów podstawówki. Jednak miłości do motyli w brzuchu bym nie porównywała. Miłość jest stabilizacją partnerską, zaczyna się od zakochania lecz poddaje się ewolucji, zakorzenia sięw ludzkiej duszy i tam rozkwita. Nie podlewana usycha. Kiedy za bardzo się rozrasta zaczyna osaczać. Jesteś ogrodnikiem – podlewasz, opiekujesz się swoją miłością, lecz czasami jak każdy spracowany człowiek odpuszczasz, pozostawiasz miłość samą sobie. Miłość jednak nie potrafi funkcjonować bez człowieka. Potrzebuje by się nią zajmować, by poświęcać jej uwagę, czas… Miłość to drugi człowiek.
Czy mamy czas na miłość?
Bycie parą, czy okres narzeczeństwa to idealny czas na miłość. Staramy się, podlewamy nasze uczucie, które rozkwita ponad miarę i ten stan trwa jeszcze przez jakiś czas. Już pierwszą próbą dla związku może być ślub i przygotowania do niego. Mnóstwo nerwów, pierwsze poważne kłótnie.

Podpisuje się jednak ten papierek, wypowiada sakramentalne „tak” i zaczyna się prawdziwe wspólne życie (o ile po Bożemu zaczyna się mieszkać pod jednym dachem dopiero po ślubie). Okres docierania trwa różnie. Jedni kończą na kilku kłótniach, inni żrą się równo, że aż sąsiadów za ścianą uszy bolą. Dopiero mieszkając ze sobą odkrywamy prawdziwą twarz partnera i poznajemy siebie samych. Miłość wystawiana na próbę toczy walkę z wewnętrznym egoistą.

Po miesiącach lub latach takiego docierania, przychodzi czas na dziecko. Trudny okres dla każdego rodzica – trudny okres dla miłości. Wasz czas już nie jest Wasz. Z ogrodnika pielęgnującego swoją miłość zamieniamy się w mamuśkę i tatuśka – niedospane, niedopieszczone, dwa ledwo żyjące organizmy żywe, które jedyne o czym marzą wieczorami to cisza i sen. Chęci na seks pozostają tylko w głowach, bo ciało odmawia posłuszeństwa. Rozmowa sprowadza się do ilości zmienionych pieluch w ciągu dnia.
W między czasie mamy pracę, hobby, i inne codzienne sprawy, które skutecznie odsuwają uwagę od uczucia. Na drodze stają nowi ludzie, nowe zainteresowania, przelotne flirty, niezobowiązujące znajomości – pełno zagrożeń.
„Sam/sama nie wiem czego chcę”  jest niebezpieczne dla miłości.
Dzieci oczywiście dorastają i czas na miłość znaleźć można, ale czy ktoś o niej jeszcze pamięta? Traktujemy ją jako pewnik. Przyzwyczajamy się do myśli, że drugi człowiek jest i zawsze będzie, a to tak nie działa. Mamy wszystko, o czym tylko można zamarzyć (dom, dzieci, stabilizację, seks, pracę), ale często czegoś nam brak. Ten stan „sam nie wiem czego” może trwać bardzo długo, niszcząc uczucie budowane tak mozolnie ze swoim partnerem. Widzę w tym realne zagrożenie dla miłości. Stan „sam nie wiem czego chcę” często prowadzi do niekontrolowanych poszukiwań tego upragnionego, nienazwanego pierwiastka w zupełnie innym człowieku. Ta poszukiwana cząstka, której (jak nam się tylko wydaje) odnaleźć nie jesteśmy  w stanie w swoim partnerze, w rodzinie, pracy  nie jest winą zewnętrznego otoczenia. „Sam/sama nie wiem czego chcę” to  tylko nasza indywidualna wina – nasze niezdecydowanie, kompleksy, tchórzostwo i lenistwo, wybujałe fantazje. Oczekujemy od innych, że zaspokoją nasze potrzeby, że powiedzą nam, co w życiu robić, podadzą na tacy, ale (powtarzam kolejny raz) to tak nie działa. Tak często traktujemy miłość – jako środek zaspokajania własnym potrzeb. Skoro Ty mi czegoś nie dajesz, poszukam tego u kogoś innego. Mylimy w ten sposób miłość z egoizmem.
Miłość to poświęcenie siebie drugiemu człowiekowi. Miłość oczekuje, prosi o cząstkę ciebie, ale też daje siebie w zamian.
Czy miłość do grobowej deski istnieje?
Jestem optymistką, jeżeli chodzi o miłość. Miłość jest tą roślinką, którą pielęgnujemy w sobie. Zdarza się, że wyrywamy ją z korzeniami, ale pozostawia po sobie owoce (dzieci, wspólny dom, pamiątki, wspomnienia). Miłość przechodzi przez różne stadia. Od zakochania po wzajemne przyzwyczajenie.
Tak! Moim zdaniem przyzwyczajenie też może być miłością. Roślina wzrasta, rozkwita, wegetuje, przekwita. Miłość jest kolejno poznaniem, zakochaniem, stabilizacją, przyzwyczajeniem, szacunkiem.
Ciekawa jestem czy tak jest jak mówią, że z biegiem lat ubywa namiętności, przybywa zaś szacunku, a być może nawet obojętności na partnerskie wady? Chcę się o tym przekonać.
To bardzo masochistyczne, co teraz napiszę, ale chcę przejść przez te wszystkie stadia miłości z moim mężem. Chcę korzystać z tej odpływającej już fali zakochania. Korzystać z okresu stabilizacji. Czekać na rzadko wypowiadane słowa „kocham Cię”, lecz widzieć je w jego oczach codziennie. Chcę się kłócić i godzić, kochać i płakać, martwić i radować się. Chcę szacunku i tolerancji na zmiany, bo zmieniać się będzie wszystko przez lata: dorastanie dzieci, wnuki, problemy dzieci i wnuków, praca i emerytura, zmarszczki, ruchowe i umysłowe ograniczenia, choroby, starość po prostu i śmierć. Chcę tego wszystkiego doświadczyć trzymana za rękę przez osobę, której ufam, którą kocham.
Czy to miłość romantyczna?
Tak! Nie trzeba częstych kolacji przy świecach, czy seksu przy kominku (kominek rzadko kto ma). Miłość romantyczna to miłość marzycieli. Marzenia się spełniają, jeśli podejmujemy próby ich urzeczywistnienia.
W myśl hasła miłości do grobowej deski kończyć się ona powinna wraz ze śmiercią. Czy śmierć ukochanej osoby kończy miłość? Moim zdaniem nie. Śmierć ukochanej osoby to początek ostatniego nieopisanego jeszcze stadium miłości – miks żalu, niezgody na to co przyniósł los i pięknych wspomnień, które są kwintesencją uczucia budowanego latami.

  • Jasna sprawa! Musi!

  • Ewa

    Ze swoim partnerem jestem 8 lat, w lipcu się pobieramy. Przez te wszystkie lata mieliśmy wiele prób, ale pomimo wszelkich trudności wciąż jesteśmy przy sobie, wspieramy się. Miłość to wspaniałe uczucie, ale trzeba je pielęgnować jak kwiat, który bez wody powoli umiera. Życzę Wam szczęścia i samych cudownych chwil!

  • Miłość przyjmuje różne oblicza, stadia, etapy, barwy, intensywność… Wspaniale, kiedy można się w niej całkowicie zanurzyć, zaufać swojej intuicji przy wyborze partnera, nie odpuszczać, kiedy pojawiają się trudności, oprzeć ją na zrozumieniu i szacunku. 🙂

  • Ni dodać, nic ująć :*

  • Dzięki, mam nadzieję, że wytrwamy 🙂

  • Miłość to decyzja.
    A miłość do grobowej deski to miłość do śmierci. Obojga.

  • To ja życzę Wam nieskończonego trwania w tej pięknej miłości.