Wiele już razy wspominałam Wam, że bycie rodzicem to nieprosta sprawa. Decyzje, odpowiedzialność, konsekwencje. Tak wiele i jednocześnie niewiele od nas zależy.

Dzisiaj poruszę temat dla mnie niełatwy, bo budzący wiele kontrowersji zwłaszcza wśród rodziców i opiekunów w żłobkach lub przedszkolach.
Czy zostawiać chore dziecko w żłobku? Co to znaczy chore? Czy lejący, przezroczysty katar to już choroba? Może alergia? Czy marudzące, płaczące z nieznanej przyczyny dziecko od razu oznacza chore dziecko? Według jakich kryteriów decydować, czy zostawić dziecko w domu? A jeśli zostawić w domu, to pod czyją opieką, jeżeli rodzice muszą być w pracy? Wiele pytań i ile ludzi, tyle na nie odpowiedzi.

Przez ostatnie półtora roku siedziałam w domu. Miałam więc super komfortową sytuację. Byłam na każde skinienie dziecka. Hania chodziła do przedszkola, a Jasiek rozpoczął przygodę ze żłobkiem. Każdy katarek wodnisty lub zielony dzieci znosiły w zaciszu domowym. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo ja nie musiałam przebywać w pracy. To był fajny czas. Pomimo mniej lub bardziej poważnych infekcji, nie denerwowałam się podejmowaniem decyzji, co ze szkrabami zrobić. Tak samo, jak wiele matek niepracujących wkurzałam się na inne pracujące, że posyłają chore dzieci do żłobka, kiedy ja oddaję całkowicie zdrowe. Później wiadomo, moje się zaraziło i znowu siedzenie tydzień lub dłużej w domu. Punkt widzenia jednak zawsze zależy od punktu siedzenia. Sytuacja bowiem zmienia się właśnie po powrocie do pracy.
Specjalnie posłałam syna wcześniej do żłobka, by jeszcze podczas mojego urlopu rodzicielskiego odchorował swoje. Liczyłam na to, że po powrocie do pracy będę miała łatwiej i ilość przymusowych nieobecności się zmniejszy. Plan okazał się połowicznym sukcesem 🙂 Też się nasłuchałam, że jestem wyrodną matką – siedzę w domu, a dziecko do żłobka oddaję. Bolało mnie to. Częściowo sama się takimi myślami zadręczałam, ale wierzyłam w zasadność swojej decyzji. Miałam poparcie męża. Zrobiłam to dla dobra całej rodziny, by zredukować ilość potencjalnych problemów. Syn i tak by przechorował swoje, każde dziecko to zresztą czeka prędzej czy później, ale na szczęście najgorszą część uodporniania (mam nadzieję) przeszedł kiedy jeszcze nie musiałam wracać do pracy. Tak naprawdę okazało się, że więcej czasu spędził ze mną niż z opiekunkami. Ile nerwów miałam dzięki temu mniej? Nawet jeżeli w pracy nikt mi by nie wypomniał L4, to ja bym sama sobie to wypominała. Czułabym się źle nie mogąc sprostać wyznaczonym zadaniom, właśnie przez nieobecność w biurze.
Mimo to mija właśnie miesiąc od kiedy znowu pracuję, a ja już dwa razy zaliczyłam tego typu rozterki. Co zrobić z chorym Jaśkiem? Czy dziadkowie mogą zostać? Jak zareagować jak nie będą mogli przyjechać? Ja mam pracujących rodziców i pracujących teściów i im też jest ciężko wziąć wolne, żeby posiedzieć z wnukiem, mimo że bardzo by tego chcieli, choćby po to, by spędzić z nim czas. Żadna niepracująca matka, albo też taka, która ma pomoc rodziny nie zrozumie, co przeżywa rodzicielka w takiej sytuacji.
Dzień kiedy posłałam Jaśka z nieżytem żołądkowo-jelitowym do żłobka, bo nie miałam wyjścia, dzień kiedy zaprowadziłam Hankę nafaszerowaną Nurofenem, bo nie miałam wyjścia…. to dni, które zaliczam do jednych z największych moich matczynych porażek w życiu, ale wierzcie mi, czasami po prostu tego wyjścia nie ma. Tu żadna decyzja nie jest dobra. Ryzykujesz opinie w żłobku (nieodpowiedzialna matka posyłająca chorego malucha), opinie w pracy (nieodpowiedzialny pracownik przebywający non stop na zwolnieniu lekarskim na dziecko).
I tutaj pewnie usłyszę od Matek Polek Idealnych, że dziecko jest najważniejsze i jego dobro powinno być na pierwszym miejscu. Mój instynkt rodzicielski podpowiada mi zresztą to samo. Odbiję jednak pałeczkę i wejdę w skórę pozostałym Matek Polek Udręczonych. Czy praca też nie jest dla dobra dziecka? Wracamy przecież po rocznym, płatnych urlopie macierzyńskim (pod warunkiem, że mamy etat) do pracy właśnie ze względu na dzieci. Za wychowawczy nie ma pieniędzy, a kredyt się sam nie spłaci. Za ten kredyt zaś dziecko ma dach nad głową, rachunki trzeba zapłacić, a jak dziecko jest chore to i na lekarstwa pensja pójdzie. Czy ta wypłata nie jest właśnie dla dzieci?
Kiedy w życiu pojawia się dziecko, wszystko co robimy jest podyktowane jego dobrem. Kwestią problematyczną jest jednak to, że dla każdego dobro dziecka i całej rodziny oznacza co innego i w inny sposób się je osiąga.Ktoś inny zapyta: gdzie jest ojciec? On też powinien zostawać z dzieckiem podczas choroby. Dobrze jednak wiemy, że to praktycznie nie działa. Mężczyźni zazwyczaj, bo nie w większości dają najważniejsze źródło dochodu w rodzinie, zatem nie pozwalają sobie na nadwyrężanie zaufania w pracy. Ciężar opieki nad latoroślą spada zatem na matki. Na nas zresztą w większości opiera się cała odpowiedzialność za dzieci. Co matka powie, ojciec przyjmuje za pewnik i nie zastanawia się nad innymi możliwościami. Nam zatem głowy pękają 🙁
Nie będę się tutaj rozwodzić na temat rodziców potrafiących dziecko posłać do żłobka w tej samej pieluszce i ubranku, w których było dzień wcześniej (ostatnio usłyszałam również o takich przypadkach). Są bowiem rodzice, którzy traktują dziecko jak kolejny biznes, który trzeba odhaczyć w planie zwanym życiem. Chciałabym jednak uzmysłowić tym najbardziej krzyczącym rodzicom, że istnieje zawsze jakieś „ale”, które nie pozwala nam postąpić jednoznacznie i właściwie, że nie zawsze możemy zostać w domu przez tydzień, bo dziecku leci z nosa „woda”. Zresztą, co zrobić z lekarską opinią, że tego typu nieżyt nosa to jeszcze nie choroba?
Nie popieram – i siebie też karcę za błędy z dawnych czasów, – aby gorączkującego malucha na ibuprofenie posyłać do żłobka bądź przedszkola.  Rozumiem jednak rodziców tak robiących, choć ich nie rozgrzeszam. Nie wytykam ich palcami, nie zalewam mową nienawiści na tych dziwnych forach internetowych. Zdaję sobie sprawę, że przez takie zachowanie inne dzieci również chorują i wtedy więcej osób ma podobny problem. Sama się denerwuję, jak słyszę przez ścianę sali kaszlącego jak gruźlik przedszkolaka, a kilka dni później Hania ma te same objawy. Wiem jednak, że zwłaszcza u takich małych szkrabów infekcji nie zatrzymamy, musieliby wszyscy po prostu siedzieć w domach, żeby wirusów i bakterii nie przenosić między sobą. To, że tak się nie da już chyba sobie uzmysłowiliśmy, prawda?
Przykro mi, kiedy czytam o tym ile nienawiści i hejtu może wylać w internecie matka na inną matkę. Czy naprawdę trzeba wsadzać pracującą kobietę z przeziębionym dzieckiem do jednego worka z kobietami żyjącymi w patologii? Czy matka posyłająca kaszlącego syna do szkoły równa się matka pijąca w ciąży, (a propos przypadku rodzącej w 35 tygodniu ciąży z 3,5 promila alkoholu we krwi, o której teraz głośno w mediach)? Czy naprawdę to jest dla Was ten sam poziom nieodpowiedzialności?
Zaśmieję się każdej matce w twarz, która mi wypomni teraz nieodpowiedzialność, a sama po powrocie do pracy znajdzie się w identycznej sytuacji. My – Matki Polki Pracujące – zadręczamy się każdym przeziębieniem dziecka, uważamy infekcję za swoją osobistą porażkę. Tyle pytań w jednej główce. Dlaczego nie umiem temu zapobiec? Co robię źle, że moje dziecko znowu choruje? Może zmienić lekarza? Może zrezygnować z pracy? Może i może, czy albo czy… Ciągle coś…
Zamartwiamy się każdym krzywym spojrzeniem w pracy, bo znowu nas nie będzie na ważnym zebraniu z powodu dziecka, bo ktoś inny zostanie zawalony robotą przez nasze nieskończone projekty, bo my nie możemy czegoś doprowadzić do końca. Nie chcemy dawać powodów do ewentualnego zwolnienia z pracy lub nieprzychylnych komentarzy. I tak kobiety z dziećmi, jako pracownicy stoją na straconej pozycji. Ja na szczęście, tak źle nie mam, ale wcale niedaleko muszę szukać, by znaleźć odpowiednie przykłady.
Bycie rodzicem i posiadanie dzieci to cud, to błogosławieństwo. Dziecko to nie problem, ale wszystko, co się z dziećmi wiąże już może tym problemem się stać. Nie ma sytuacji zerojedynkowych w temacie rodzicielstwo. Jeżeli uważasz, że odpowiedzi są proste to sam/sama moim zdaniem się oszukujesz.
Kolejny temat rzeka, którego nie wyczerpię jednym wpisem. Czekam zatem na Wasze historie, które dadzą mi natchnienie 🙂
Ściskam.