Dziecko, to taki nieodpakowany przez dziewięć miesięcy prezent. Prezent okupiony godzinami wycia zanim go otworzysz, ale prezent najpiękniejszy na świecie.

Zarówno Hanka jak i Jasiek to prezenty od Boga. Noszone pod sercem, wyczekane, bardzo chciane. Jednakże w jednym, jak i drugim przypadku nie wiedzieliśmy jak dużą niespodzianką się okażą, jaką niespodzianką będzie dla nas rodzicielstwo. Dwa różne byty, jedna sytuacja, my z dwójką całkowicie różnych istot.
 

Zastanawiacie się,

jak to będzie z drugim dzieckiem? Dzisiaj kilka faktów, które mam nadzieję przybliżą Wam, jak to jest z dwójką.

1. Wyprawka już z głowy.
Temat oczywisty – wiadomo.
Zazwyczaj różnica między dziećmi wynosi od 2 do 4 lat. Tyle mniej więcej czasu zastanawiamy się lub staramy o powiększenie rodziny. Zatem większość ubranek, wózek, łóżeczko, zabawki czeka na kolejnego potomka. Część kosztów rodzice mają już z głowy. To bardzo ważny argument za, ponieważ kwestia finansowa jest zazwyczaj po tej przeciwnej stronie barykady.
Wiemy już, co mniej więcej nam się przydało w początkach opieki nad noworodkiem i niemowlęciem. Wiemy, co by nam się tym razem mogło przydać, a wcześniej tego nie zakupiliśmy, bo po prostu nie mieliśmy tyle kasy. Mamy już sprecyzowane poglądy nt. lekarzy, szczepień, kaszek, soczków itp.
To bardzo istotne, by nie przeżywać tych samych rozterek dwa razy… Jednak po własnych doświadczeniach mogę się przyznać, że te rozterki miałam, chociaż na pewno o wiele mniejsze.
 
2. Wspólne dorastanie.
Początki nie zawsze są łatwe. W rozmowach z mamami często przewija się temat wpływu nowego członka rodziny na zachowanie pierworodnego dziecka. Może pojawić się płacz i zazdrość, ale też ciekawość i miłość.
 
Nowa sytuacja często stwarza nieoczekiwane problemy, ale warto znaleźć w niej pozytywy. Pisałam już Wam, że małe dzieci traktują noworodki, jak takie małe laleczki. Z czasem, kiedy 2.0 rośnie i staje się coraz bardziej komunikatywne i samodzielne, między rodzeństwem zaczyna tworzyć się więź. Więź wybuchowa, bo pełno w niej kłótni, ścierania charakterków czy zazdrości, ale też relacja wyjątkowa, gdyż jest wypełniona radością, obopólną opieką, nauką odpowiedzialności i dzielenia się, przebywania w grupie.
 
W przypadku moich maluchów zauważyłam to kilka miesięcy temu. Rzadko kłócą się o zabawki, bo już – bez naszej ingerencji – wyodrębnił się między nimi podział. Hania ma swoje lalki i kucyki. Jasiek bawi się samochodzikami i klockami. Taki stan rzeczy stworzył się naturalnie. Przyznam jednak szczerze, że nie zawsze jest różowo, a ostatnio z ulgą pozbyliśmy się zepsutego wózka dla lalek. Jasiek bowiem, poza damskimi butami uwielbia wózeczki dla lalek. Nie woził  tam jednak Barbie czy pluszaków, ale właśnie swoje ukochane samochodziki.
 
Z pewną fascynacją obserwowałam roczne dziecko, które potrafiło pobić starszego szkraba byle tylko dostać upragnioną zabawkę. I w tej mojej pokręconej, matczynej duszy z jednej strony nie podobało mi się używanie przemocy wobec drugiego dziecka, a z drugiej strony myślałam: „potrafi walczyć, da sobie radę w życiu”. Ot takie irracjonalne myśli, a może racjonalne…?
Za długa jednak ta dygresja. 
 
Zmierzam do tego, że moje dzieci po półtora roku przebywania ze sobą wreszcie się naprawdę spotkały. Potrafią się już ze sobą bawić (Hania jest oczywiście animatorem dziecięcych zajęć), wygłupiają się, śmieją z tych samych rzeczy, płaczą też razem, czego nie sposób chwilami wytrzymać…
 
Czy w tworzeniu dobrej relacji jest jakaś zasługa rodzica? Naszą zasługą jest raczej fakt, że nie dopuściliśmy do tego, by się o ten wózek pozabijali 🙂 Przy jakichkolwiek konfliktach tłumaczyliśmy, jakie powinno być prawidłowe zachowanie. Przy „setnej” kłótni czy rękoczynie wymierzaliśmy kary. Przy dwusetnej sprzeczce udawaliśmy już, że nie słyszymy 🙂
 
Pewnie jakiś psycholog lub pseudopsycholog, by nas tutaj pouczał, ale przyznam szczerze, że w przypadku swoich własnych dzieci, teorii psychologicznych w praktyce nie potrafię zastosować.
 
Dzieciaki nawzajem też się bronią i pocieszają. Zdarza się, że Jaś przy zmienianiu pieluchy czy oczyszczaniu noska aspiratorem płacze. Hania wtedy krzyczy, żebyśmy go zostawili w spokoju, że ona brata kocha i nie pozwoli go skrzywdzić. Przytula go później i daje buziaki. Słodkie nie?
W każdym razie między Bąblami nawiązała się nić porozumienia, na którą patrzę ze wzruszeniem i radością w sercu. Widok i to uczucie miłości w okolicach mostka – bezcenne.
 
3. Nauka spokoju i walki z paniką.
Pamiętam jeszcze, jak przy pierwszym dziecku wszystko było dla mnie nowe. Począwszy od wzięcia noworodka na ręce, karmienia piersią, pierwszej kąpieli, aż po pierwsze objawy ząbkowania, rozszerzania diety, raczkowania czy chodzenia.
 
Niewiedza i świadomość nowych doświadczeń wyzwala lęk, odpowiedzialność za ewentualne błędy potęguje panikę.
 
1.0 to taki prototyp, przy którym – na zasadzie prób i błędów – uczysz się rodzicielstwa. Zatem w teorii przy drugim dziecku powinno być łatwiej. I w jakimś sensie jest. Wiesz, co to ciąża, wiesz mniej więcej czego spodziewać się na sali porodowej, potrafisz przewijać, prawdopodobnie lepiej wychodzi Ci karmienie piersią, ale to wcale nie oznacza, że nie popełnisz już żadnej pomyłki. Często popełnia się zupełnie nowe błędy, bo przeświadczeni jesteśmy, że to, co działało na pierwsze dziecko to podziała też na drugie…. A tu ZONK.
 
Prawda jest taka, że przy drugim dziecku boimy się swoich błędów trochę mniej. Przestajemy traktować dziecko jak jajko. Widzisz, że pielucha pęka w szwach, machniesz ręką, pójdziesz wypić herbatę/kawę, wrócisz i ze spokojem stwierdzisz, że pielucha jeszcze od siuśków nie pękła (jeśli nawet to pozbierasz bałagan), tyłek dziecku nie odpadł, a Ty przynajmniej wypiłaś coś ciepłego. 
Przy pierworodnym zmienia się pieluszkę niemal od razu po zrobieniu kupki, bo pupka się odparzy. Przy drugim dziecku odczekujemy chwilę, bo na pewno zaraz dołoży do pampka parę kilo „dobra”. Rodzic niepanikujący (rzadki gatunek) zastosuje zresztą tą „niechlubną” praktykę już przy pierwszym Srajtku.
 
Tak! Tak! Ja wiem drogie Matki Idealne – to jest patologia, by dziecku od razu pieluchy nie zmienić. Zresztą, czy ktoś tu powiedział, że robimy tak notorycznie?
 
Przy kolejnych dzieciach w rodzinie jest zresztą tak, jak w tym żarcie o połknięciu monety? Kojarzycie? 
 
Przy pierwszym dziecku wzywasz pogotowie, przy drugim czekasz, aż wyjdzie z kupką, przy trzecim – odliczasz od kieszonkowego.
 
Co do panikowania, to z tym jednak różnie bywa. Nadal bowiem się martwię o swoje dzieci, o każde z osobna. To są dwie różne istoty. Przy każdej z nich mam inne problemy, zarówno zdrowotne jak i wychowawcze. 
 
One rosną każdego dnia, a ja codziennie uczę się jak temu wyzwaniu sprostać.
 
4. Nauka odpuszczania.
Odpuszczanie zdecydowanie idzie przy 2.0 prościej. Niekoniecznie trzeba trzymać się zasady posiłków, co trzy godziny, bo żeby była cisza da się cycka po piętnastominutowej przerwie od poprzedniego karmienia. Raz na jakiś czas można posolić też zupę, skoro roczniakowi ewidentnie warzywna lura nie wchodzi.
Dla 1.0 staraliśmy się kupować wszystko co najlepsze, przy 2.0 okazuje się, że te pieluchy z Biedronki nie są wcale gorsze od Pampersów, a popaprane marchewką ubranko nadaje się też na plac zabaw 🙂
Najpierw ze zdziwieniem patrzyliśmy, że pewne rzeczy można robić inaczej (czyt. nie jak w książce), później już tylko stukaliśmy się w głowę, że tak długo się męczyliśmy, wydawaliśmy tyle kasy, bo dziecku od naszych nowych, nie-książkowych metod nic się nie stało, a nawet wyszło wszystkim na korzyść. Nie twierdzę, że teoria jest zła, po prostu nie przy każdym dziecku się sprawdza i warto czasami odpuścić i posłuchać rodzicielskiej intuicji.
 

Właściwie to pisząc ten tekst i rozmawiając z rodzicami, ośmielam się postawić pewną tezę! 

Tak naprawdę to na pierwszym dziecku wypróbowujemy książkowe teorie, na drugim dziecku testujemy własne teorie, a z trzecim dzieckiem idziemy na żywioł.  

 
To znaczy ja na pewno poszłabym na żywioł, gdybym trzecie miała 🙂
 
5. Podwójna satysfakcja i podwójne szczęście.
Posiadanie dziecka kwalifikuje nas do tytułu supermamy, a im więcej dzieci tym trudniejszy level zaliczamy. Mamy wewnętrzną satysfakcję z ogarniania takiej sytuacji. Mimo trudów codziennego wychowywania potomstwa, chwil narzekania lub złości, jesteśmy zadowolone z takiego życia i chętnie się swoją dumą, radością i wiedzą dzielimy z innymi.
Ważne jednak, by w tej swojej podwójnej satysfakcji się nie zatracić, by nie zamieniła się w destrukcyjną pychę i przemądrzałość. Tego warto się uczyć. Szkoda tylko, że uczymy się tego na własnych błędach, raniąc  inne kobiety. Mamom dwójki (i więcej) dzieci zdarza się bowiem przechwalać.
Czy w sytuacji, kiedy mama jedynaka narzeka na zachowanie swojego maluszka zdarzało Ci się pomyśleć: „Jak ona jednemu daje sobie wejść na głowę to  przy dwójce, by się pochlastała”. Takie myślenie nie jest w porządku, ale często nam się zdarza. Sama wielokrotnie przechwalałam się, że opieka przy jednym dziecku to pestka, przy dwójce to dopiero wyzwanie. 
 

A tak naprawdę nie mamy prawa oceniać innych swoją miarą.  

Najbardziej rozśmieszają mnie kobiety, które dziecko dopiero planują lub są w ciąży. Ona nie będzie robić tego czy tamtego, ona by na to i na to nie pozwoliła… Idealizują swoje macierzyństwo zanim go tak prawdziwie doświadczą. Bobasy jednak bardzo szybko potrafią przewartościować pewne sprawy w naszych małych główkach. Cóż takie zachowanie jest jednak normalne i założę się, że każda z Nas coś takiego przerabiała. Warto i o tym sobie przypomnieć, kiedy będziemy chciały wbić szpilę innej mamie.

 
Znowu moje myśli uciekły za daleko.
 
Każde dziecko przynosi niebywałą prywatną satysfakcję rodzicom. Jest spełnieniem marzenia o rodzinie, zadowoleniem ze zdobywania nowych doświadczeń. Czasami nas te doświadczenia przytłaczają, ale czerpiemy z tego życiowego eksperymentu wielką przyjemność.
 
6. Ciekawość i chęć przygody.
Taki survival dla spragnionych adrenaliny. 
Jedno dziecko to wielka przygoda na całe życie i chociaż na początku tej ścieżki w nieznane nie myślimy o następnych atrakcjach, to po jakimś czasie przychodzi ta myśl do głowy: a co by było, gdybyśmy mieli dwójkę? Nie da się ukryć, że serwujemy sobie na własne życzenie kolejną jazdę bez trzymanki. 
Co prawda znowu czeka Was poród, nieprzespane noce, kupy, cycki, ząbki, itp., ale drugie dziecko z pewnością po raz kolejny przewartościuje to i owo, a po kilku – kilkunastu miesiącach poświęcenia będziecie mieć radośnie krzyczącego, rozbieganego bobasa, który jednym spojrzeniem rozwali Was na kawałeczki. 
 
To jest właśnie „ekstraza” z tej nowej, życiowej przygody i empirycznie zaspokojonej ciekawości. 
 
Ja efektów swojej ciekawości doświadczam codziennie – a jakże – chociaż przyznam się szczerze, że miewam ochotę na kolejną życiową atrakcję i zdaję sobie sprawę, że teraz powinnam udławić się własnymi słowami, bo przy moich prywatnych argumentach na „nie” to przecież uśmiech trzeciego dziecka powinien wynagrodzi mi wszystko 🙂
 
Dwoje dzieci – moje dwa Słodkie Zmartwienia… I choć zdarza mi się w przypływie gorszej chwili zapytać samą siebie „na co mi to było?” – to jest to tylko moment, sekunda na rozładowanie emocji, bo decyzji o powiększeniu rodziny nie żałuję i nadal jestem ciekawa, co przyniesie nowy dzień!

 

  • Jesli planujemy 2 dziecko to często właśnie wyprawka jest już z głowy. Gorzej jeśli nie planujemy, albo zmieniamy plany, albo 2 dziecko pojawia się później, więc pozbyliśmy się rzeczy np ze względu na to, że mamy małe mieszkanie.
    My na razie twierdzimy, że chcemy mieć "tylko" jedno dziecko, więc jesli kiedys nam się odwidzi to wyprawkę będziemy kompletować od podstaw. Ale akurat lubię takie kwestie 😉